soft vanilla feminism

 fot. Paweł
spodnie: ax paris, kurtka: levi’s, kapelusz: vila, buty: diverse
Przyjęłam na klatę spanie w dusznym, przeciekającym namiocie z mnóstwem pająków (jestem typową miejską damulą, a do tego stereotypową kobietą, no i cóż tu dużo mówić – wszelkie zetknięcia z robactwem kończą się żałosnym piskiem). Widziałam sporo koncertów (na występie Behemotha, było palenie odwróconych krzyży, plucie krwią i te sprawy. Od tamtego czasu jestem innym człowiekiem, a słońce to mój największy wróg, sami rozumiecie…). Opanowałam do perfekcji robienie makijażu w lusterku od pudru, poznałam mnóstwo fantastycznych ludzi, przeklinałam w duszy urodziwe Dunki i Szwedki, które nawet brodząc po kolana w błocie wyglądały  pięknie. Zadowalałam się piwem (Sommersby, moja miłość), gdyż w tym dziwnym kraju, w którym wszystko kosztuje zbyt dużo, nie stać mnie było na wódkę. Spałam w śpiworze na lotnisku, jak rasowy kloszard, co oczywiście zostało zauważone przez duńską telewizję. Okej, liczyłam na międzynarodową karierę, ale może nie w tym kierunku. Zaprzyjaźniłam się z projektantką Katy Perry. Machałam rytmicznie głową na koncercie Jacka White’a i nieco mniej synchronicznie na The Cure. Nauczyłam się zasypiać w potwornym hałasie, co uznałam za życiowy sukces, bo zazwyczaj w domu przeszkadza mi nawet cykający zegarek. Zapragnęłam koloru blond na włosach, jadłam najlepsze brownies ever i nawet nie płakałam, kiedy pd prysznicem leciała na mnie zimna woda. Panie, Panowie – wróciłam z Roskilde Festival. Dogłębny bilans zysków i szczegółowa analiza już niebawem!