SUKIENKA NA STUDNIÓWKĘ

Zbliża się okres studniówek – pytacie mnie w mailach o porady odnośnie tego wydarzenia. Zaprawdę, jako bardziej doświadczona koleżanka, powiadam Wam: nie ma sensu wydawać dużych sum na kreację studniówkową (no chyba, że macie w planach sukienkę od Ulyany Sergeenko – dla niej można odmówić chleba rodzinie).

Domyślam się, że chcecie zostać okrzyknięte najlepiej ubranymi, najładniejszymi gąskami w szkole, swoją seksowną i wyszukaną sukienką utrzeć nosa niejednej złośnicy i wywołać poruszenie wyobraźni kolegów z klasy, ale powtarzam: nie warto przepłacać. Jestem przekonana, że za rozsądne pieniądze uda Wam się znaleźć ubrania i dodatki, które spowodują te same efekty, a które nie będą tylko jednorazowymi strojami, co to przez trzy kolejne lata nie wyściubią nosa z szafy. Za każdym razem, kiedy będziecie chciały wydać na sukienkę kwotę, która zmusi Was do spożywania kanapek z pasztetem przez najbliższy miesiąc, wyobraźcie sobie te eleganckie cekiny w uścisku deski sedesowej albo wytworne jedwabie podczas obrzucania się tortem. No wiecie, zawsze jest jakieś ryzyko, że klasę zgubicie już w busie.

W ramach ciekawostki przytoczę Wam historię mojej kreacji studniówkowej. Trzeba Wam wiedzieć, że na przełomie 2005/2006 roku w sklepach było wielkie nic (żeby nie powiedzieć: gówno). Niby pojawiły się już pierwsze sklepy sieciowe (H&M, Pimkie, Orsay), ale ich asortyment był mocno ograniczony. Ostatecznie w jednym z wrocławskich sklepów multibrandowych kupiłam czarną, tiulową sukienkę marki Vila. Akurat była przecena 50% na cały asortyment tej firmy, więc w przeciwieństwie do koleżanek, które nabywały swoje kreacje w salonach sukien ślubnych, zapłaciłam kosmicznie niską (ok. 60 zł) cenę. Wybrałam model bez ramiączek – nie polecam dziewczynom o płaskich klatkach piersiowych – mniej więcej co 3 minuty musiałam podciągać kieckę do góry, bo ta tak szybko i wściekle zjeżdżała mi na równiny.

Ponieważ sukienka sama w sobie była raczej skromna i bez efektu wow oraz hipnotajzin, postanowiłam odpimpować ją dodatkami: w pasmanterii kupiłam ozdobną wstążkę w kolorze purpury, którą zawiązałam na kokardę w okolicach talii. Poszłam również za ciosem: podjęłam ryzykowną decyzję, by uszyć sobie długie rękawiczki. Choć moje zdolności krawieckie utknęły gdzieś na poziomie robienia wykroju (pewnego dnia spodnie postanowiłam przerobić na spódnicę, w efekcie czego zostały mi w szafie bezdomne skrawki sztruksu), ograniczony budżet na strój studniówkowy był najmocniejszym motywatorem, by wydziergać coś własnoręcznie. W sklepie z tkaninami wzięłam trochę elastycznego materiału w kolorze czarnym, a w domu niczym David Copperfield zaczęłam odprawiać czary. Dosłownie. Byłam bardzo ambitna, więc na połączeniu dwóch kawałków materiału i zrobieniu pętelki na środkowy palec wcale się nie skończyło – na wysokości dłoni doszyłam ozdobne perełki, które traf chciał odpadły już po godzinie energicznych tańców. No kto by pomyślał.
Na stopy przywdziałam buty ze szpicem (!), dziś na samą myśl o nich chce mi się płakać, takie były wstrętne, ale cóż mogłam poradzić – w tamtych czasach były szalenie modne i każda szanująca się laska miała je w swojej kolekcji. Nie jestem pewna, jaką miałam ze sobą torebkę, ale na 80% była to kopertówka z Domu Mody Avon.
Wyglądałam jak milion baksów liczonych po kursie z 2006 r.