Widziałeś kiedyś swoje zdjęcie zrobione, kiedy o tym nie wiedziałeś? Z innego kąta niż ten, kiedy patrzysz w lustro. Myślisz, „to ja”. „To również ja”. Tak właśnie się dziś czuję. To uczucie, kiedy możesz wyjść i stanąć obok siebie, spojrzeć na świat oczami szaleńca, to najprostsza droga do udanego procesu twórczego. Chodźcie, zabieram was w pisarskiego tripa.
![]() |
| fot. Dara Scully |
Spuszczasz ze smyczy wszystkie wewnętrzne blokady, zmartwienia puszczasz samopas. W żyłach płynie ci herbata owocowa (czasy, kiedy w krwiobiegu panoszyło się opium, absynt i w najgorszym wypadku czysta, przechodzą do historii. Niby między pisaniem a zaciąganiem się dymem papierosowym istnieje prosta i przyjemna zależność, ale ty udowadniasz, że można jednak inaczej). W skroniach pulsuje ci co najwyżej dopamina. Rzucasz wszystko na bok. Śniadanie wydaje się zbyt banalne w obliczu Bogini Weny. Na jakiś moment znikasz z ludzkich map świata, odgłosy rzeczywistości są dla ciebie nieme, a ty masz wyrzuty sumienia, że nie masz wyrzutów sumienia. To trwa tylko chwilę, jak wszystko co najmocniejsze na tym świecie (you know what I mean). Chcesz spakować ten moment do kieszeni, wypełnić się tym na zapas. Ale się nie da. Kreska za kreską, linijka za linijką i oto teraz, JESTEŚ. Zjazd trwa momentalnie, to całe napięcie, wyczekiwanie, ostrożność, z jaką dobierałeś słowa. Cały tydzień chodzisz na głodzie, dopóki nie napiszesz czegoś nowego. Nosi cię, ale dopóki nie stać cię na dobry stuff, odpuszczasz. Czekasz na naprawdę mocny kop, porządne pierdolnięcie.
W nozdrza mocno wciągasz rzeczywistość. Jedyne odurzenie, na jakie sobie pozwalasz, to złoty strzał z czekolady, najlepszy odjazd na świecie.
Nutella to nowa Helena.
*cytat z początku notki pochodzi z filmu Stoker
.jpg)