fot. Paweł
sukienka: romwe, sandały: celine via second choice, torebka: carpisa, okulary: ray ban, naszyjnik: Yes
Umówmy się – nigdy nie przepadałam za twórczością Leopolda Staffa, a jego utwór O szyby deszcz dzwoni jesienny przez ostatnie dni/tygodnie zapuszczany przez Radio Naturę z tak dziką i przytłaczającą częstotliwością zdążył mi się przejeść. Ponoć w notowaniu Top Ten Cold Summer 2013 uplasował się na pierwszym miejscu, ale z premedytacją wysyłałam dziękczynne modły do nieba o jego spadek z listy hitów. Z dwojga złego, lepszy Enej. Byłam już bliska pisania manifestu o zaniechaniu zrzucania z nieba deszczu – coś na kształt tego futurystycznego, albowiem przez ostatnie dni mój nastrój bliski był mniej więcej tym klimatom: Biała nuda usiadła w kucki na czarnym dywanie i podaje mi fajkę nabitą antypiryną (Bruno Jasieński). Sami widzicie, jak bardzo było źle. Nie jest łatwo, wiem, wywołać siłą woli aurę, która wyciągnie cię w środku czerwca spod koca. Takie czasy.
Ale nagle moje życie odzyskało sens. Oto bowiem nastała jasność wiekuista, a dni jeszcze nigdy nie były bliższe stwierdzeniu To jest największe nieszczęście – nie wyżyć życia (Bruno Schulz). Termometr w stanie erekcji zaczął wskazywać upragnione +25 stopni, doprowadzając wszystkich do ekstazy, a dni na nowo zaczęły cieszyć, nawet jeśli w ich nazwie nie występował podtytuł: weekend/urodziny/emerytura/wypłata.
Spostrzeżenie na dziś: mogłam zostać synoptykiem, tak pięknie piszę o pogodzie.
Była to lekcja literatury polskiej w pigułce. Dla odważnych.
Wasz ticzer,
Venila
+(680x453).jpg)
+(667x1000).jpg)
+(680x453).jpg)
+(667x1000).jpg)