Pisałam niedawno, że gdzie przygody, tam i ja. No więc aby tradycji stało się zadość, do życiowej księgi z gatunku Byłam tu. Venila, dodałam w zeszłym tygodniu pobyt w szpitalu. Nie żeby pierwszy i nie że ostatni, ale był na tyle spektakularny, że wart jest odnotowania w historii dziejów.
Tak więc w zeszły poniedziałek po trzech miesiącach grzecznego oczekiwania na swoją kolej, kiedy to zdążyłam już pięć razy zaliczyć poprawę i pogorszenie choroby (AZS), stawiłam się dzielnie na oddziale Kliniki Dermatologicznej. Z bagażami godnymi wczasów na Majorce, z umysłem zapłodnionym jeszcze optymizmem (no gdzie mają mi pomóc, jak nie tu?), przekroczyłam próg piekła.
Dużo się mówi o kondycji polskiej służby zdrowia, a ta jakby kuśtyka – bo pobyt w szpitalu nadającym się do rozbiórki trudno nazwać inaczej niż ekstremalnym doświadczeniem. Dokładnie w tej samej klinice leżałam 15 lat temu i tak, zgadliście, od tamtego czasu zupełnie nic się nie zmieniło. No, może oprócz tego, że grzyb na ścianach jakby dorósł wraz ze mną. A ponoć czas to pieniądz, zwłaszcza, kiedy miesiąc według ZUS-u kosztuje całe tysiąc polskich złotych.
No SPA to to nie jest.
Lecznicze kąpiele wybiłam sobie z głowy w momencie, kiedy ujrzałam wannę, a ta podczas swojego żywotu widziała z pewnością niejedno. Dorzućcie do tego wszechobecny aromat pt. niespłukana kupa, stosowany zamiennie z zapachem o nazwie kurwi tu uryną, a wyjdzie wam całkiem realny obraz toalet. Dowalmy jeszcze sześcioma kabinami prysznicowymi na cały oddział (w tym dwoma bez zasłonek), które to swoją drogą mobilizowały do ćwiczeń godnych Chodakowskiej czy innej Mel B (szybko, szybko, najlepiej w powietrzu, byle tylko niczego nie musieć dotykać). Opuścić ten relikt przeszłości z cegły i ludzkiego potu, nie nabawiając się przy okazji żadnego grzyba, to szczęście absolutne, to trzeba mieć w życiu farta, do końca życia grać w totka!
Oczywiście można było odnaleźć elementy SPA: pościel była tak szorstka, że z powodzeniem mogła służyć jako peeling całego ciała. A i jedzenie całkiem wpisywało się w klimaty luksusowego hotelu. Trzy gwiazdki Michelin to nie były, nie gotował tam z pewnością żaden Modest, ale już porcje jakby całkiem zbliżone do tych w ekskluzywnych restauracjach, co to człowiek nie wie, jak się za nie zabrać, żeby nie pochłonąć za jednym razem. W pogoni za utraconym pokarmem udałam się pewnego dnia na sąsiedni oddział do dumnie brzmiącego bufetu. Aby tam dotrzeć przemierzyłam podziemny korytarz rodem z American Horror Story Ayslum z mnóstwem wind towarowych, wózków, rozwidleń i zakrętów oraz mrugających żarówek. Momentalnie odechciało mi się jeść.
Na pięcioosobowej sali również dzieje się magia. Szczególnie nocą. Da się wtedy słyszeć gromką melodię chrapania oraz śmiałe akordy pierdu. Solidna zaprawa przed Roskilde albo inną Coachellą.
Do osobistych przeżyć doliczę jeszcze nieudany podryw. Jakaś laska hipnotyzowała mnie wzrokiem dając do zrozumienia, że ma wobec mnie intencje nieczyste. Może i bym się ucieszyła, gdyby nie fakt, że była równie przerażająca, co Suzanne z Orange is the new black. Wrrr!
Podsumowując: bez pomocy coacha poznałam, co to znaczy wyjść poza własną strefę komfortu (i to dosłownie), nawiązałam przyjaźń na lata i zastąpiłam w swoim słowniku kilka rzeczowników.
Dom, to od teraz ten ulubiony.