Żyjemy w czasach, w których słowo już nie wystarcza. Uśmiechamy się, dziwimy i złościmy formą graficzną. I ja to wszystko rozumiem.
Emotikony rozpanoszyły się pod naszymi palcami, uprościły życie, zwolniły z myślenia. Nie potrafimy skonstruować wypowiedzi tak, by było oczywiste czy to żart, czy ironia. Na końcu zdania dowalamy tę śmieszną buźkę – instrukcję obsługi dla naszych znajomych. Stajemy się bezradni językowo.
Żyjemy w czasach redukcji tradycyjnego pisma. Po co pisać cały wyraz. To już niemodne. Mani i pedi – atakuje mnie napis w reklamie. Biżu, kombi i obuw – pisze do mnie blogerka modowa. Liczba sylab w każdym (wy)razie nie do ogarnięcia.
Płacze Pawlikowska-Jasnorzewska, płacze Adaś Mickiewicz i płacze Krzysiu Baczyński, że dorobek ich życia do nawiasów i cyfr uprościliśmy, że kreski i kółka, łapki w górę. I zamiast nie widziałam cię już od miesiąca tylko puste ♥
Żyjemy w czasach, w których zrobienie błędu ortograficznego nie dyskwalifikuje już towarzysko. Czasach, w których media dla młodzieży mówią gwarą młodzieży, a Pieseł, niczym prof. Miodek wyznacza ramy współczesnej polszczyzny. I trudno się dziwić, trudno się złościć, bo niby gdzie, jak nie tu, szukać autorytetów?
Żyjemy w czasach, w których język pisany zbliża się do mówionego. Mowa potoczna z pełnym impetem wkracza na nasze klawiatury, językoznawcy mrużą oko, a mimo to wciąż istnieją osoby, które kropkują wulgaryzmy, jak gdyby nie mogły się zdecydować, czy chcą zakląć, czy też nie.
I tego, z całym szacunkiem, nie jestem w stanie zrozumieć.
fot. avenge the dodos