Diane, jest wtorek trzynastego stycznia, termometry wskazują dziś 11°C. Posługując się nomenklaturą młodzieżową, powinnam oznajmić, że o taką zimę walczyłam.
Taką, która zamienia świat w jedną wielką kałużę błota, moczary upadłości, gumoleum z psiej kupy. Matka natura jest zachwycona tym upokorzeniem. Z przejęcia klaszcze w dłonie, niczym Polak podczas lądowania Ryanaira.
Diane, w taką aurę, jak ta, jeszcze mocniej uderza we mnie bagno codzienności, grzęzawisko chwiejnych emocji, upadek moralny oraz rozpad człowieka (w komunikacji miejskiej rozkład). Doktorzy nauk medycznych biją na alarm – to depresja pośniegowa.
I kiedy tak po oczach bije mnie szarość oraz breja, sięgam do torebki po swój suplement diety, lek antydepresyjny, tańszy zamiennik Xanaxa. Z angielska: donut. Siadam na ławce, zagryzam nicość wzmożoną dawką cukrów prostych i – zupełnie jak w filmie – czekam na życiową refleksję, inspirację podrzuconą przez spadające liście, prorocze objawienie kasztanów.
Siedzę otoczona ze wszech miar rzeczywistością i odnotowuję, że Pinterest jeszcze tu nie dotarł. Z pewnością nie na przedmieścia.




