FILOZOFIA BYCIA SZCZĘŚLIWYM WE WŁASNYM DOMU

IMG_3807

Jak pewnie wielu z Was już wie, wraz z Gazetą Wyborczą ukazał się właśnie najnowszy numer Wysokich Obcasów, którego jestem bohaterką.

Po pierwsze. Co się czuje, kiedy jest się na okładce ulubionego pisma? No więc dumę, radość, zadowolenie… A tak serio: ŻE JEST SIĘ KRÓLOWĄ ŻYCIA! Zaraz po tym dołączają do tego takie emocje, jak: strach oraz presja. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam projekt okładki byłam zawiedziona – pomyślałam: cholera, nie mogli wybrać lepszego ujęcia? Mam tu dziwną minę, krzywe oczy i w ogóle taka trochę mało podobna do siebie jestem. A później przestałam gwiazdorzyć, bo zrozumiałam, że heej, dziewczyno, przecież właśnie tak wyglądasz, nie jesteś modelką. Prawdziwe życie nie składa się z wybierania najlepszych ujęć i dodawania do nich filtrów.

I właściwie do tego sprowadza się cała filozofia ChPD – by brać się z życiem za bary i nie upiększać go na siłę. Jestem okropnie zmęczona aktualną tendencją do przechwalania się sukcesami, wynikami, wyścigiem kto pierwszy, kto dalej, kto lepiej. Na przekór – chwalę się tym, co mi nie wyszło. Nigdy nie chciałam dopisywać ideologii do tego, co robię, bo umówmy się – to przede wszystkim LOL content często parszywego sortu – ale w momencie, w którym zaczęłam dostawać po 200-250 maili dziennie z informacją, że działam lepiej niż NFZ, bo uzdrawiam śmiechem; kiedy dzięki mnie ktoś doszedł do wniosku, że do wszelkich potknięć można podchodzić z dystansem, zrozumiałam, że coś jest na rzeczy. W tekście WO, Monika Tutak-Goll napisała: Nie sądziła, że dzielenie się własną wpadką może się spotkać z takim aplauzem. Że dzielenie się tym, co przeciętne, zwykłe, może się tak podobać. Ale niektóre Polki najwyraźniej na to czekały – żeby można było spokojnie powiedzieć, że nigdy nic dobrego się nie ugotowało. I że to żaden wstyd.

Muszę przyznać, że nie mogłam wymarzyć sobie lepszego miejsca do publikacji i bardziej profesjonalnej ekipy, która się mną zajęła. Jedno z niedzielnych przedpołudni spędziłam z Moniką Tutak-Goll, zastępcą redaktor naczelnej WO. Monika pofatygowała się do Wrocławia, by mnie poznać i porozmawiać na żywo. To takie niespotykane w dzisiejszym dziennikarstwie, nie sądzicie? A potem stworzyła tekst o takim natężeniu subtelnej ironii i drobnych smaczków językowych, o jakim mogłabym tylko pomarzyć. Co najważniejsze, udało jej się ubrać w słowa wszystko to, o czym zawsze chciałam powiedzieć, a na co często nie było czasu i miejsca. Ogromnie dziękuję za wspaniałą rozmowę, profesjonalne podejście do sprawy i wyborny tekst.

natslo_220215_001 natslo_220215_012 natslo_220215_022 natslo_220215_032 natslo_220215_036

Druga kwestia – to sesja zdjęciowa. Trafiłam do Krakowa pod skrzydła – z ręką na sercu – najlepszej ekipy pod słońcem. Nie żebym specjalnie miała duże doświadczenie w kwestii pozowania i planów zdjęciowych, ale jeszcze nigdy nie czułam się na planie tak swobodnie; zero stresu i presji, że muszę wypaść najlepiej, bo to przecież okładka. Poza tym pozwolili mi trochę nabałaganić w studio, a to się ceni. Pozwólcie, że przedstawię Wam tych ludzi, bo chciałabym podziękować i za wspólnie spędzony, bardzo inspirujący czas i za efekt naszej wspólnej pracy. W rolach głównych wystąpili: Dawid H. Groński (fotograf), Pat Guzik (stylistka), Sebastian Łuszczek (asystent), Ula Pyda (makijażystka), Katarzyna Stefanik (producent sesji), Natalia Słowik (backstage).

Mam za sobą ogromną społeczność (358 tysięcy osób). Projekt, który powstał pod wpływem chwili dał mi medialną rozpoznawalność i rozgłos – na co dzień zajmuję się znacznie ambitniejszymi rzeczami, ale rozumiem, że w dzisiejszych czasach trzeba być elastycznym, i że takie jest prawo rynku. Nie obrażam się, że przez tyle lat media nie zauważyły mojego bloga, a dostrzegły mnie, kiedy zrobiłam coś z pozoru błahego.

Mam tylu samo entuzjastów, co przeciwników. Słyszę o sobie, że jestem głosem pokolenia, inicjatorką ważnego ruchu, idolką i autorytetem, a z drugiej strony tępą, niewykształconą laską, idiotką i nierobem (nie wspominając już nawet o najnowszych: daję unfollow, bo sympatyzujesz z Gazetą Wyborczą). Wśród tych ostatnich zdecydowanie często pojawia się zarzut, że jestem wstrętną feministką. Powiem tylko tak, cytując słowa Rebecci West: Feministką nazywają mnie, gdy robię coś, co odróżnia mnie od ścierki do podłogi. I niech to utnie wszelkie spekulacje.

Wszystkiego dobrego z okazji Dnia Kobiet, dziewczyny!

Odsyłam do lektury całego tekstu, który ukazał się w WO.

|Fot. Dawid H. Groński, zdjęcia z backstage’u: Natalia Słowik|