Opole zajmuje w mojej krótkiej historii dziejów miejsce wyjątkowe. W miniony weekend wybraliśmy się tam z Pawłem i wzięło mnie na drobną refleksję.
Zaglądam do góry i unoszę brew. O, tu postawili nowy pomnik, a tam przyparty do muru stoi szklany dom. Dotarły tu i nawet sieciówki, choć nie muszę nawet otwierać oczu, by zobaczyć, że tak naprawdę nie zmieniło się zupełnie nic. Znów mam 19 lat. Stąpam po skrzypiących deskach w mieszkaniu z piecem kaflowym, balkonem typu paryski i żeńskim więzieniem na prawo. Jestem studentką polonistyki i wydaje mi się, że życie należy do mnie. Czasem zapominam, że istnieje świat poza biblioteką i czytelnią, ale kiedy już uda mi się wyjść na światło dzienne, są i zupy za złotówkę w Starówce, legendarne naleśniki z Grabówki, najlepsze łupy z lumpeksów na Kośnego, wszystkie premiery w Teatrze im. Kochanowskiego, spacery po Pasiece. Oraz wpatrywanie się w chmury na wyspie Bolko.
Jeszcze nie wiem kim chcę być i kim będę. Jeszcze wierzę w to, że jestem nieśmiertelna. Młodzieńczym dylematom przygląda się miasto.
Drogie Opole! Nie tęsknię za Tobą w ogóle. Jestem Ci jednak wdzięczna, bo dzięki naszej wspólnej przygodzie uświadomiłam sobie, jak bardzo nie lubię stać w miejscu. I jak mocno uszczęśliwia mnie każdy krok w przód. Było warto słuchać przez trzy lata, że studiuje się na uniwersytecie piastującym ostatnie miejsca w rankingach oraz że polonistka i filozof to nie jest związek znoszący złote jajka. Bo dostałam od Ciebie w zamian przyjaciela, z tak fascynującą osobowością, że jeszcze będą pisać o nim książki. Przyjaciela, z którym nawet najtańsza herbata smakuje jak ta najlepsza na świecie, a rzeczywistość dookoła staje się zbyt pospolita, by w ogóle zaprzątać sobie nią głowę. (Grzesik, Twoje zdrowie!)
I kiedy pytają mnie, jak wygląda życie na prowincji, odpowiadam, że pięknie. Bo nie przychodzi mi do głowy inna wersja wydarzeń.














