Mam wrażenie, że czasami cały świat staje na głowie, bylebym tylko mogła mieć o czym pisać na blogu. Zdarzają się w moim życiu historie dziwne, niedorzeczne i zaprzeczające wielu prawom.
Przygody czepiają się mnie, jak mało kogo. Zdarza się, że bywają nimi również negatywne sytuacje, ale nawet wtedy śmieję się, że przynajmniej będę miała o czym opowiadać znajomym. Weźmy taki na przykład rok 2014, który ledwo co się zaczął, a ja mam już na koncie tyle historii, że śmiało mogłabym napisać książkę.
W ciągu ostatnich 30 dni zdążyłam: znaleźć psa i niczym Sherlock Holmes odszukać jego właścicielkę (jednak na coś przydają się te seriale), dostać skierowanie do szpitala z szaleńczym okresem oczekiwania do połowy marca (tak, tak – to też przygoda, pomyślcie ile inspiracji do pisania czai się na szpitalnych korytarzach), być na najdziwniejszym pokazie wynajmowanego mieszkania (właścicielem okazał się być wyluzowany muzyk z Californii, który przed prezentacją zaprosił nas do knajpy na piwo. Skończyło się na tym, że z lokalu wyszliśmy przed 23, a mieszkania i tak nie wynajęliśmy. I całe szczęście – było tak obskurne, że nie ratowała go nawet zacna lokalizacja), wyrobić psu chip i paszport (nazwałabym to jednak nie przygodą, a wydarzeniem, po którym dochodzi się do siebie przez cały dzień. Jak to mówią, mały, ale wariat), albo np. dzisiaj – po tym jak wysprzątałam na błysk całą łazienkę, poszła mi obficie jucha z nosa i tyle widziałam ją czystą.
Świat nie tylko robi wszystko, żebym miała o czym pisać na blogu. Świat robi wszystko, żebym jednak nie brała się za sprzątanie.