NEIGHBORS

New York (23) (960x526)

Przez całe swoje dotychczasowe życie posiadłam niezwykłą wiedzę z zakresu psychologii sąsiedztwa. Myślicie, że wieloletnie doświadczenie w obcowaniu z wielorakiej maści lokatorami można sobie wpisać do curriculum vitae? Och, zawsze wiedziałam, że na coś przydadzą się moje liczne przeprowadzki.

Najgorsi sąsiedzi? Pozwólcie, że przedstawię Wam mój subiektywny wybór:

*wścibski – masz wrażenie, że przez cały dzień koczuje przy judaszu, by w momencie, kiedy ty wychodzisz, och niepostrzeżenie i zupełnie przypadkiem również otworzyć swoje drzwi i zagadnąć. Wścibski sąsiad wie o tobie więcej, niż myślisz, a jego obserwacje wychodzą dalej, niż poza wiedzę dotyczącą rozkładu i wyposażenia twojego przedpokoju. Podstawowym narzędziem wścibskiego jest wywiad, który przeprowadza z tobą pięć minut po tym, jak do nowego mieszkania wniesiesz ostatni mebel. Kurz nie zdąży jeszcze na dobre osiąść na podłodze, a ten już puka i wita. Może nie chlebem i solą, ale śledztwem.

*plotkary – gatunek sąsiadek najczęściej w wieku podeszłym (choć wcale niekoniecznie – znam i smutne przypadki po trzydziestce), których najczęstszym rejonem bytowania są ławki oraz parapety (nie mylić z gołębiami). Plotkary wiedzą, co się święci w każdym gospodarstwie domowym, a jeśli nie wiedzą, to sobie dopowiedzą. Doskonale widzą, z kim zadaje się twoja córka i że syn popala papierosy w piwnicy. Ich uwadze nie umknie nawet twoja nowa fryzura – A co to sąsiadka trwałą sobie zrobiła? Halinka z Piastowskiej robi lepsze loki i taniej – nawet jeśli doskonale zdajesz sobie sprawę, że Halinka nie kręci loków, a odpierdala kaszanę w postaci hełmu z tapiru i lakieru, nie próbuj uważać, że jest inaczej. Plotkarom nie wchodzi się w drogę. W grupie bywają drapieżne, a wrogom potrafią narobić na głowę (nie mylić z ptasimi odchodami).

*złośliwi – z jakiegoś powodu po prostu cię nie lubią. Ot, twój pies za głośno szczeka, dziecko zbyt często wyje, odkurzasz w niedzielę i słuchasz muzyki po 22. No to masz za swoje! Nie ma cię w domu, a kurier chce zostawić paczkę u sąsiadów spod czwórki? A takiego wała! Spróbuj na parkingu krzywo zaparkować – sąsiedzki karny kutas cię dosięgnie, to bardziej niż pewne.

New York (25) (931x1400)

Odkąd tylko sięgam pamięcią, w swoim dotychczasowym życiu miałam ciekawych sąsiadów. W dzieciństwie piętro dzieliłam z nastolatkami, którzy namiętnie słuchali Ace of Base i z polikami podmalowanymi wypiekami wymieniali się między sobą pierwszymi historiami z rodzaju tych damsko-męskich. Słuchałam z otwartą buzią – znałam bowiem cenę takiej opowieści wyciągniętej potem z kieszeni na szkolnej przerwie. Przebić mógł ją jedynie biały kruk wśród kolorowych karteczek.

W okresie nastoletnim zamieszkałam w klatce z Bieberem – poczciwy dziadek niestety nie dożył czasów, w których jego nazwisko obiegło cały świat. Ale może to i lepiej?

Prawdziwe sąsiedzkie przygody zaczęły się właściwie dopiero na studiach, bo to właśnie w tym czasie zmienialiśmy mieszkania jak obłąkani. Wtedy chodziło nam o kwestie logistyczno-finansowe, ale z dzisiejszego punktu widzenia, robiliśmy chyba wszystko, żeby mieć o czym opowiadać znajomym.

Na pierwszej stancji mieszkał pod nami Oskar, paker w dresach. Pewnie nigdy nie dowiedzielibyśmy się nawet, jak się nazywa (nie ta liga), gdyby nie jego dziewczyna – pseudonim Kleopatra – która podczas miłosnych uniesień skandowała jego imię. Nie popadajcie tu zaraz w romantyczno-erotyczne nastroje, bo w rzeczywistości brzmiało to mniej więcej: Oskar, ruchaj mnie – co z początku nas, piętro wyżej, napawało dławiącym śmiechem, ale z biegiem dni i miesięcy stało się lekko męczące. Sami rozumiecie.

Podczas kolejnej przeprowadzki trafiliśmy na nastolatkę, która przebiegle postanowiła wykorzystać fakt mieszkania w jednej kamienicy ze studentami. Zaczęło się niewinnie od pomocy z językiem angielskim – niestety laska była tak niekumata, że po jakimś czasie dałam sobie spokój. Kilka razy udawałam, że nie ma mnie w domu, ale jeśli myślicie, że to zniechęciło ją do kolejnych prób, to chyba nie doceniacie potencjału zawziętej szesnastki – zaczęła przychodzić do Pawła i to z zadaniami domowymi z religii! Jeszcze do niedawna żyłam w przekonaniu, że to ewidentnie zahukana, może nawet trochę opóźniona dziewczyna, kiedy nagle, bach – zobaczyłam ją w jednym z programów na TVN-ie. Ona została celebrytką, a ja straciłam ostatnie resztki szacunku do telewizji.

Po drodze pojawiła się jeszcze patologia najgorszego sortu – taka, co to walczy ze sobą nie na słowa, a na tasaki, a ty z pełnymi gaciami siedzisz piętro wyżej i modlisz się, by nie zapukali do ciebie z siekierą. Była i babcia, która hodowała pod kuchennym zlewem szczura, a także dziadek-dziwkarz, który każdą (każduteńką) kłótnię z żoną kończył niepodważalnym argumentem spierdalaj na drzewo.

Teraz z kolei mamy w klatce artystę, który swoim operowym głosem śpiewa nam do kotleta, a jego żona wystawia na okienny parapet zaszczyty i medale, by nikt z osiedla nie miał wątpliwości, że w tym domostwie mieszka mistrzunio.

I niech mi ktoś teraz powie, że mieszkanie w bloku nie wzbogaca.