Grudniu! Moja miłość do Ciebie jest tak ogromna, że już pierwszego dnia Twego panowania uroczyście padłam Ci do stóp. Chodnik mi świadkiem. Znów przez dziewiętnaście sekund byłam kobietą upadłą. A miałam nie.
Przez moment oszukiwałam się, że w tym roku będzie inaczej, że no wiesz, choć mój nos skutecznie przekreśla szanse na zdobycie tytułu Miss Universe, to w tych swoich nowoczesnych kozakach i puchowej kurtce będę lśnić na dzielni, że homo sapiens będą dla mnie skręcać karki. I proszę Państwa, ja się już nie toczę jak co sezon, miałabym im wtedy rzec – że zrezygnowałam z warstw siedmiu na rzecz designu oraz dobrego smaku. Zgodnie jednak, ja i ty uznaliśmy, że zimą to fashionistki raczej ze mnie nie będzie. No chyba że czerwone lico i smarki uznać za element stylizacji. Ostatecznie przecież nie takie rzeczy robiło się w imię mody. Trudno być damą. A zimą to już w ogóle.
Drogi Grudniu! Wstałam dziś z łóżka. Wczoraj dopisałabym: i właściwie to by było na tyle. Dziś postanowiłam się jednak z Tobą zaprzyjaźnić. Co prawda wybrakowana ze mnie łania, bo z fioletowo-żółtym siniakiem na kończynie dolnej, ale mam w zanadrzu kilka atutów, więc z pewnością dobijemy targu.
Na początek proponuję grzane wino.
U mnie, czy u Ciebie?