W tym miesiącu minie dokładnie 6 lat, od kiedy założyłam ten blog. Zebrało mi się tym samym na refleksje.
Tak naprawdę w blogosferze obecna jestem znacznie dłużej, bo mój pierwszy blog powstał 11 lat temu na platformie Tenbit.pl Miałam 16 lat i myślałam, że własny blog, tuż obok konta pocztowego z końcówką w domenie buziaczek.onet.pl, jest czymś, czym warto się chwalić. Później przyszła pora na inne serwisy: Blog.pl – jak już człowiek zapłacił 9,90 pln za SMS-a aktywującego konto, to nie było wyjścia, trzeba było pisać. Był i Sunsilk.pl, Klub Glamour, Blox. Nigdzie jednak nie zagrzałam miejsca na dłużej. Dopiero ten blog otworzył dla mnie różnego rodzaju drzwi i sprawił, że jestem dziś właśnie w tym, a nie innym miejscu.
Jak to wszystko wyglądało?
2008 || BĘDĘ SZAFIARKĄ!
Pod koniec 2008 roku stwierdziłam, że zakładam blog szafiarski. Śledziłam blogi dziewczyn, które pokazywały swoje stylizacje i stwierdziłam, że czemu nie – też tak chcę. Studiowałam wtedy w Opolu i byłam królową tamtejszych lumpeksów, w związku z czym ubrań do pokazania miałam pod dostatkiem. Nigdy nie byłam zakupoholiczką, nie mam też w kieszeni historii z gatunku wydałam 2 000 zł w Zarze, ale studia były właśnie okresem, w którym faktycznie eksperymentowałam z ubraniami i dodatkami, świetnie się przy tym bawiąc. A że blogi modowe zaczynały być w tym okresie modne, uległam i ja.
Kiedy jednak prześledzicie moje archiwum, dość szybko zauważycie, że do typowej szafiarki, która wrzuca zdjęcia stylizacji i opisuje poszczególne części outfitu było mi daleko. W pewnym momencie znudziło mi się dopisywanie filozofii do własnego stroju i zaczęłam tworzyć teksty, które absolutnie odbiegały od treści zdjęć. W ten sposób miałam na swoim blogu czytelników, którzy interesowali się tym, co mam na sobie i z drugiej strony tych, którzy przewijali zdjęcia i podążali od razu do tekstu.
Od samego początku kładłam nacisk na jakość. Zdjęcia na moim blogu były zawsze dobre, notki pisałam z dbałością o poprawność językową i choć wiele poglądów, które wtedy reprezentowałam są już absolutnie nieaktualne, nie mam poczucia obciachu zaglądając do swoich wpisów sprzed kilku lat. Szanuję to, jakim człowiekiem byłam wtedy i nawet jeśli sama ze sobą już się nie zgadzam, nie mam potrzeby kasowania jakichkolwiek treści.
Rok 2009 celowo pomijam, bo nie wydarzyło się wtedy nic, co warto byłoby odnotować w dziejach ludzkości.
2010 || VENILA DREAM
W 2010 roku mój blog zaczął się rozwijać i został dostrzeżony przez innych. Wtedy też dostałam pierwsze propozycje współpracy i wydawało mi się, że zestaw kosmetyków jest doskonałą zapłatą za wpis sponsorowany. Udało mi się wygrać kilka konkursów, w tym sukienkę od Gosi Baczyńskiej, której za cholerę nie miałam gdzie założyć, a także m.in. podróż dookoła świata. Ten rok był dla mnie przełomowy również z innego powodu. Pierwszy raz okazało się, że prowadzenie bloga może mieć jakąś wartość dodaną: przekonałam się o tym podczas procesu rekrutacyjnego na stanowisko specjalisty ds. marketingu i PR w dużym sklepie obuwniczym online, gdzie moje doświadczenie związane z Internetem i blogosferą okazało się nieocenione. I dzięki temu dostałam pracę. Nie zabawiłam tam specjalnie długo, ale dało mi to do myślenia.
2011 || ODDAM DUSZĘ ZA NOWĄ PARĘ SPODNI
2011 rok to okres, w którym marki odkryły potencjał marketingowy blogów i na pokaźną skalę zaczęły się wtedy współprace barterowe. Wydawało mi się, że jestem w raju, kiedy ktoś proponował mi za darmo ubrania. No bo jak to? Tak po prostu? Korzystałam z tego chętnie, dzięki czemu miałam sporo ubrań i jeszcze więcej materiału na nowe notki. W tym też czasie wystąpiłam w pierwszej poważnej kampanii Stradivarius & Chicisimo.
W 2011 zostałam również zaproszona na Blog Forum Gdańsk jako prelegentka. Nie powiedziałam wtedy nic, co moglibyście zanotować sobie w swoich notesach, ale z dumy urosłam ze dwa metry.
Kończyłam w tym czasie studia magisterskie, miałam pracę dorywczą i stwierdziłam, że zaproponuję markom odzieżowym (z którymi miałam kontakt przez te nieszczęsne bartery) płatną współpracę. Social media były jeszcze wtedy w Polsce nowością, więc w dość prosty sposób udało mi się namówić kilku klientów do wspólnego działania. W taki oto sposób w przeciągu pół roku miałam już tyle zapytań ofertowych o copywriting, czy prowadzenie profilu na FB, że stwierdziłam: zakładam firmę!
2012 || KOBIETA ORKIESTRA
I tak w styczniu 2012 roku wystartowałam z agencją Social Hunters. Nie było jednak łatwo – miałam taki okres, że by móc się utrzymać, musiałam iść do pracy na etat. Brzmi paradoksalnie, bo nie po to zakładałam przecież firmę, żeby pracować dla kogoś, ale niestety tak było. Dokładnie pół roku zajęło mi, by stanąć na nogi – po godzinach rozkręcałam firmę, szukałam nowych klientów, chodziłam na szkolenia. I udało się. Chyba nic nie sprawiło mi większej radości, niż złożenie wypowiedzenia w ówczesnej firmie. Badania mówią, że 80% firm upada w pierwszych dwóch latach swojej działalności. W styczniu miną 3 lata, od kiedy poszłam na swoje, więc chyba są powody do świętowania!
2012 to też czas, w którym zaczęłam rozszerzać tematykę bloga o wpisy z podróży, recenzje książek itd. Wtedy też dostałam pierwsze propozycje płatnej współpracy. Trzeba przyznać, że był to okres, w którym popełniłam wszystkie możliwe błędy we współpracy na linii bloger-marka. Począwszy od zbyt dużej liczby wpisów reklamowych w jednym czasie, po niskie wynagrodzenie, na które się zgadzałam. Tych błędów było naprawdę sporo, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W końcu się ogarnęłam.
W międzyczasie wygrałam także prestiżowy konkurs H&M Trendscouts i reprezentowałam Polskę na Festiwalu Roskilde. A w listopadzie 2012 przypadkiem założyłam profil Chujowej Pani Domu. I w życiu nie spodziewałabym się, że tym samym tak mocno zamieszam w polskich domostwach.
2013 || ZARABIAM NA BLOGU!
2013 rok to okres, w którym zarobiłam pierwsze poważne pieniądze na blogu. Dojście do tego momentu zajęło mi 5 lat. Wystąpiłam w trzech dużych kampaniach: Pepsi, Durex, Ecco, z których to akcja z Durexem była dla mnie przełomowa – raz: ze względu na tematykę, dwa: tuż po niej stałam się atrakcyjnym kąskiem dla innych agencji i od tamtej pory regularnie dostaję zaproszenia do udziału w dużych kampaniach. W kwestii blogowej nadal robiłam swoje stopniowo zmniejszając ilość wpisów związanych z modą, na rzecz luźnych tekstów i przemyśleń.
2014 || SPOKÓJ, HARMONIA, HOMEOSTAZA
Po raz pierwszy za sprawą wzmożonego zainteresowania ChPD udało mi się na tak dużą skalę zaistnieć w mediach. Choć zaskoczenie własną medialnością było niczym w porównaniu do radości, jaką wywołało we mnie zaproszenie do współpracy z SWPS Wrocław w roli wykładowcy.
Bieżący rok przyniósł dla mnie przede wszystkim pewnego rodzaju ukojenie w postaci samoświadomości własnej marki. Doszłam do wniosku, że nie chcę, by blog był moim przepisem na życie. Powód jest prozaiczny: nie znalazłam sposobu na regularne zarabianie i nie robienie tym samym z bloga reklamowego śmietnika. Sztuką jest utrzymywanie się z bloga i robienie tego z klasą.
Zrobiłam eksperyment i przez trzy miesiące prowadziłam tylko i wyłącznie blog, nie zajmując się żadnymi zawodowymi sprawami. Akurat skończyłam duże projekty, z innych – które mnie nie rozwijały, zrezygnowałam. I co? I nawet nie zauważycie, które to były miesiące, bo dodawałam posty jeszcze rzadziej, niż zwykle – okazało się, że wolę działać pod wpływem presji, że znacznie lepiej motywuję się jednak, kiedy mam więcej zadań do wykonania. Przez te trzy miesiące nie przyjęłam żadnej propozycji reklamowej, czułam przesyt tego typu publikacjami na blogach, nie chciałam, by i mój blog był miejscem, na widok którego czytelnik czuje zwrot treści pokarmowej w okolicach gardła. Poczułam presję, że prędzej, czy później będę musiała jednak coś zareklamować, bo kończą mi się oszczędności. Wtedy też zrozumiałam, że to właśnie nie tędy droga. Zarabianie na blogu – jak najbardziej (w perspektywie wpisu sponsorowanego który pojawi się jeszcze w tym tygodniu, byłabym hipokrytką, gdybym napisała, że nie), utrzymywanie się z niego – to nie dla mnie.
QUO VADIS, VENILO?
Mówią, że szewc bez butów chodzi. I trochę tak jest w moim przypadku, bo o ile zawodowo zajmuję się tworzeniem długofalowych strategii oraz kreowaniem wizerunku, na bloga nie mam sprecyzowanych planów. Myślę o nim poważnie, ale wciąż jest to dla mnie przede wszystkim narzędzie do wyrażania własnych opinii i dzielenia się refleksjami. Już nie raz przekonałam się, że w moim wydaniu planowanie jest do dupy i zaprzestałam wypuszczać się myślami dalej, niż w okolice kolejnego tygodnia. I dobrze mi bez strategii i wypisywania celów do zdobycia. Niektórzy nazwą to niedojrzałością. Dla mnie to wolność.
Szósty rok kończę z liczbą 30 000 unikalnych użytkowników na liczniku. Dla jednych to dużo, dla innych prawie nic. Dla mnie to trzydzieści tysięcy pojedynczych istnień, żywych osób, które z własnej woli przychodzą sprawdzić, co u mnie i czasem pytają: Venilo, jak żyć?
Nie pozostaje mi nic innego, jak napisać: DZIĘKUJĘ! Jest szansa, że za kolejnych sześć lat będę już prawidłowo stawiać przecinki.